~ Rozdział 3 ~ cz. I ~

Rozdziały wahać się będą między 2-3 stronami. Jest mi tak łatwiej wszystko uporządkować, przy za długich tekstach mogłabym stracić orientację. Planuję niezły plot-twist, więc Wam też mogłoby być ciężej (ta, trzymajcie kciuki żebym sama się w tym nie utopiła). Myślę, że tak jest przejrzyściej, w zamian rozdziały będą pojawiały się częściej.
Tą część dedykuję kochanej Elain, która z grubsza zbetowała rozdział i oczywiście Raito, który zgodził się na zawiłą dyskusję na temat rozwinięć fabuły.
 Zapraszam, miłej lektury ~



Malfoy potrząsnął głową. Przecież wszystkie te twarze niczym się nie różniły - ważne było tylko to, że jest ich wiele, osobno te istoty nie miały żadnej wartości. Liczba - tak płytkie, bezpośrednie słowo. A jednak górowało nad pojęciem pojedynczego ludzkiego istnienia.
- Nie dziwię się, że jesteś w szoku - prychnęła Bella. - To podchodzi pod zdradę krwi. Ścierwo, tyle czasu było po niewłaściwej stronie.
Draco z ogromnym zdezorientowaniem spojrzał na ciotkę.
- Lovegood, pomyleniec - z obojętnością odgarnęła włosy z okrytego czarną peleryną ramienia. Jej siostrzeniec jeszcze bardziej zmarszczył brwi.
- Znasz jego córkę, prawda? - kobieta nie ukrywała znudzenia. - Czarny Pan wziął ich pod swoje skrzydło.
Blondyn wybuchnął bezczelnym śmiechem, natychmiastowo podwyższając tym adrenalinę swojej rozmówczyni.
- Bezmyślny przygłup - z niemałym impetem uderzyła w tył jego głowy. - Jak śmiesz negować decyzje Tego, którego imienia nie wolno wymawiać? Sam Czarny Pan chce wykorzystać cię do celów słusznych, a ty się... - jej wykrzywiona we wściekłym grymasie twarz była niebezpiecznie blisko. Kobieta przycisnęła różdżkę do dygocącej klatki piersiowej Ślizgona. - śmiejesz! Pusty, tępy odruch, obrzydliwa skłonność. Powinieneś się wstydzić - zacisnęła rękę na jego nadgarstku. Jej niestabilność emocjonalna coraz bardziej dawała się we znaki, co zdecydowanie nie ułatwiało życia 16-letniemu czarodziejowi. Podobnie jak całemu otoczeniu. Nigdy nie potrafił dotrzymać jej kroku, przy niej tracił całą ślizgońską nadzwyczajność.
Lestrange rzuciła szybkie spojrzenie na wiszący nad nimi biały okrąg. Szybko pozbierała myśli, równie zgrabnie je z siebie wyrzucając:
- Późno już, w sumie mieliśmy tylko rzucić okiem. Piękne, prawda? - światło rzuconego w oddali zaklęcia padło na twarz Śmierciożerczyni, dodając, wystarczająco już szaleńczemu, uśmiechowi dodatkowej nuty groteskowej odmienności.
- Jesteś gotowy? - nie zaczekała na odpowiedź, świat przyspieszył. Ślizgon wylądował w nieprzyjemnym miejscu, w nieprzyjemnych okolicznościach. Śnieg nieco zamortyzował upadek, ale nie była to siła, która zdołałaby zniwelować wszystkie skutki uboczne teleportacji łącznej. Spróbował wstać, ale ku swojemu rozczarowaniu upadł ponownie, chwytając się za bolącą przeponę.
Draco na samą myśl o wyjściu z ciotką dyszał nienawiścią. Chociaż, dogląd kształtującej się armii, inicjalnie brzmiał całkiem kusząco.
Bellatrix ponownie przejawiając przypływ dobrego nastroju przekroczyła próg dworu. Przez ramię spojrzała na Dracona, niewinnie nawijając skręcone kosmyki włosów na różdżkę. W przeciwieństwie do niego wiedziała co zastanie w środku.


*


- Panie... - utkwił wzrok w podłodze. Nigdy wcześniej nie widział, aby ręce jego ojca tak bardzo drżały. Narcyza pomimo wszelkich starań, w żaden sposób nie mogła kontrolować sytuacji. Łzy stworzyły na jej oczach mglistą zasłonę.
- Nie sądziłem, że kiedykolwiek będę musiał zwracać się do ciebie z prośbą, Draco - Lord Voldemort z powściągliwością zrobił parę kroków w przód. - Mam szczerą nadzieję, że wykażesz się większym profesjonalizmem niż twój ojciec - Lucjusz wstrzymał oddech, przymknął zmęczone oczy. - w Departamencie Tajemnic - nikt nie miał odwagi wyrazić sprzecznego zdania. Czerwone oczy omiatały bogato zdobiony pokój.
Każde spotkanie ze szkarłatnym spojrzeniem przyprawiało nastolatka o nieprzyjemne dreszcze.
- Jak zapewne wszyscy obecni wiedzą - podniósł jadowity głos - mamy w swoim gronie nowicjuszy. I, o dziwo, nie są to schematyczni awanturnicy czy degeneraci. Nie od początku byli po mojej stronie, co w moich oczach oczywiście nie działa na ich korzyść - zwrócił trupio bladą twarz w stronę Bellatrix. - Co nie zmienia faktu, że są mi... nam potrzebni. I tu, Draco, zaczyna się twoja rola - Nagini zajął miejsce na ramionach swojego pana. Smukłe, długie palce delikatnie musnęły łeb węża, wywołując u niego wyraźne zadowolenie. Światło żyrandolu nie dodawało chwili błysku, wręcz przeciwnie. Wzmagało bezwolność, mdłym połyskiem zagęszczając nieprzyjemny akcent.
W głowie ślizgona wciąż były niejasności, których nie sposób było się pozbyć. Pustka po niezdolności do zadania pytania była gigantycznie uciążliwa.
Anemiczna dłoń niespodziewanie ścisnęła ramię rozstrojonego chłopaka. Czarny Pan przybliżył wężową twarz do jego ucha, przemawiając niewiarygodnie chłodnym, niechętnym szeptem:
- Naucz ją wszystkiego, co sam wiesz. Podziel się doświadczeniem, wspomnieniami, zdobądź jej zaufanie. Oswój ją z ciemnością, Draco.


~~~


Krukonka siedziała nad opasłym tomiskiem, znanym także jako podręcznik opieki nad magicznymi stworzeniami. Na zewnątrz wiał silny wiatr. Ponownie doświadczała nieprzyjemnego uczucia, jakim było zamartwianie się o bezpieczeństwo własnego ojca. Luna nie znała pojęcia lekkomyślności. Ewentualnością było wyrażenie się słowami "mniej rozumu, dla większego dobra".
Burza śnieżna nie pobłażała nikomu i niczemu, drzewa walczyły z nią całą swoją siłą, raz po raz uginając się niebezpiecznie.
Nieszczelne okna nasilały świst pędu powietrza, wzbudzając w dziewczynie niespokojną fascynację. Każda strona wspomnianej księgi kryła w sobie coś nowego. Nową prawdę o nowej istocie. Absencja suchych faktów, na każdym kawałku pergaminu tkwiło nowe życie, materialnie skrywające się w chłodzie, bądź iskrze tego świata.
Błogostan, w jaki zapadła blond-włosa młoda kobieta przerwał łomot. Ktoś dobijał się do zaryglowanych, nasączonych zaklęciami drzwi.

~ Co mam na swoją obronę...

Jestem niewyobrażalnie głupia.
Włączyłam moderację komentarzy (nieumyślnie) i przez cały ten czas narzekałam na brak motywacji. Byłam pewna, że nikt tego nie czyta. :')
Przerwa spowodowana była sprawami prywatnymi, nie sądziłam, że to potrwa tak długo, przepraszam.
Jacie, i oczywiście jestem strasznie podekscytowana wszystkimi tymi pozytywnymi komentarzami. Dziękuję ♥

Długość rozdziałów- z tym jest u mnie problem, ze względu na to, że jakby to ująć... nie chcę rozpisywać (popadam w skrajności...). Obiecuję się nad tym popracować. Następny rozdział już się pisze, będzie długi i szybko. Jeśli macie jakiekolwiek pytania- komentujcie.
Pozdrawiam ~ Su.

~ Rozdział 2 ~


Zapraszam na kolejny rozdział, po długiej przerwie. Teraz wszystko zaczyna się układać, mam wielką nadzieję, że pójdzie gładko i w szybkim tempie zwiększę ilość rozdziałów. Miłej lektury ~ 




Po raz kolejny święta były inne. Puste i wątłe.

Dźwięki starego fortepianu wciąż drżały w powietrzu. Jednak instrument nie był wprawiany w ruch przez jasnowłosą kobietę. Już nie.
Grały na nim wspomnienia.
W głowach szczątków rodziny Lovegood huczały tylko złudne nadzieje, że to co stracili, powróci. Że pewnego ranka znów obudzi ich delikatna, cicha muzyka.

Dziewczyna podsunęła pod nos swojego ojca filiżankę herbaty. Ten, próbując nie dać się sentymentom zaciekle walczył z napierającą dawką negatywnych emocji. Ale chwile słabości coraz częściej brały nad nim górę. Nie skupiał wzroku na żadnym materialnym przedmiocie, ale na niewidocznej dla oka, promieniejącej twarzy. Na osobie, którą bezprawnie mu odebrano. 

Jedyne zmiany w bycie mężczyzny, to stopień zeszklenia jego blado-niebieskich oczu i drżące kąciki ust, układające się w smutny uśmiech.
- Tato - głos dziewczyny ledwie musnął ucho nieobecnego czarodzieja - napij się, miętowa.
Ksenofilius dopiero po pewnej chwili z zażenowaniem uniósł wzrok, niezdarnie chwytając drobne uszko kwiecistej filiżanki. 
- T-tak, dziękuję Luna - odparł zmieszany - zaczyna się sezon na ględki niepospolite, pamiętasz? - mężczyzna nieumiejętnie zmienił temat- Mam w planach dłuższe wyjście. Nie oddalę się za bardzo od Ottery, nie mam zamiaru opuszczać... - zrobił łyk ciepłego płynu - Devon. Nie chcę narażać cię na niewygody. Jest zima. Wolałbym, żebyś została w domu. - wyjaśnienia przyszły nagle i niepotrzebnie. Ona rozumiała. 
Szorstką dłoń położył na policzku swojej córki. Wstał od niewielkiego stołu, różdżką zbierając rozrzucony po całym domu ekwipunek.
- Wyjdę dziś wieczorem - uśmiechnął się - a teraz... - przerwał mu spokojny głos Luny:
- Zróbmy porządek z Żonglerem. Artykuł o ględkach sam się nie napisze.

~~~


Rytmiczne bębnienia, histeryczne śmiechy i świst wiatru. Oto co docierało do uszu Draco Malfoya w ciągu tamtej pomroki. Przed nim formował się przerażający szyk. Stał z różdżką w dłoni, penetrując wzrokiem grupę 13 dzikich wilkołaków. Węszyły ogarniając szaleńczym spojrzeniem otaczające je tereny. Na ich czele stał Greyback- no bo kto inny miałby na tyle mało życiowej ogłady. Młody Śmierciożerca nienawidził go całym sobą- już parę razy niemal stał się jego ofiarą. Tylko dzięki wstawiennictwu samego Czarnego Pana, chłopak nie był jeszcze zmutowanym kundlem nie umiejącym zapanować nad własnymi emocjami.

- Draco - odezwał się jakże irytujący głos jego ciotki. Odwrócił się na pięcie, w ciągu kilku sekund całkowicie zmieniając wyraz twarzy. Nie chciał wyjść na ostatnią niemotę. 
- Pozwól na chwilę - utkwiła w nim przenikliwy wzrok. W bladej dłoni obracała zakrzywioną różdżkę, wiatr szarpał niedbale spięte, nad przeciętnie bujne loki. Nawet na własnego siostrzeńca nie szczędziła pogardliwych spojrzeń. Ruszył w jej stronę. Stawiając na pozory, przyjął pewny krok. Stanął po prawej stronie ironicznie uśmiechniętej kobiety. 
- Czarny Pan ma dla Ciebie zadanie - powiedziała, z dumą wypinając pierś. Chłopak wzdrygnął się, jego serce gwałtownie przyspieszyło. Na widok zaskoczenia na twarzy siostrzeńca, Bellatrix wybuchnęła kąśliwym śmiechem. 
- To świetna wiadomość! Chociaż sedno nie jest satysfakcjonujące - zmarszczyła nos, z powściągliwością odwracając się w stronę blondyna. 
- Nie musisz trzymać mnie w niepewności, to nie robi na mnie wrażenia - odwarknął. 
- Szczegółów, kochaniutki, dowiesz się od samego Czarnego Pana - dwa ostatnie słowa wypowiedziała zaczepliwym szeptem, wprost do przemarzniętego ucha Ślizgona. 
Denerwował go jej głos, jej byt, jej egzystencja, podejście, brak okrzesania, świdrujące spojrzenie, wiecznie wykrzywione usta, wyjątkowe cwaniactwo, niezrozumiała ironia. Mimo to- w pewnym stopniu- miał do niej szacunek. Może dlatego, że zdolna była w każdej chwili, bez jakichkolwiek rozterek usunąć go z tego świata, jednym, wyprutym z poszanowania machnięciem różdżki. 
Nie wiedział. 

Tamtej nocy księżyc był wyjątkowo nisko, gwiazdy odbijały się w lustrzanej tafli lodu na powierzchni śpiącego jeziora. Tylko ono pozostawało niewzruszone na powszechne, sztuczne zmiany corocznego rytuału. Rozbity lód regenerował się ze zdwojoną siłą, wszelkie podwodne życie nie dopuszczało do siebie wrogich dźwięków. Kołysało się zgodnie z delikatnym, niemal niewyczuwalnym nurtem w swoim, niezniszczalnym rytmie. 

Dwoje ludzi stało na ośnieżonym wzniesieniu. Z ust obojga wydobywała się dobrze widoczna para. Krzyki w dole nadal nie ucichły, niosły się echem, bezkarnie rozrywając nocną ciszę. Oczy czarnowłosej kobiety wyraźnie szukały oparcia. Przeczesywała wzrokiem gromady zakapturzonych postaci, wierząc, że któraś z nich okaże się tą właściwą. 
Ostateczną pewność pozostawił ciężko zauważalny szczegół- kosmyki białych włosów, odstające od pochłaniającego twarz cienia. 
Położyła szczupłą dłoń na równie smukłym, męskim ramieniu. 
- Tam - czarne oczy wskazały wypatrywaną wcześniej osobę - stoi twoja odpowiedź. 



~ Jeszcze trochę ode mnie: pierwszy akapit jest dość "suchy", ale takie było moje zamierzenie. Potrzebuję paru rozdziałów na wystarczająco jasne przedstawienie postaci i ich stosunku do sprawy. Myślę, że teraz akcja powinna się rozwinąć. Mam nadzieję, że rozdział jest satysfakcjonujący, całuję i zapraszam do komentowania. ~ 

~ Rozdział 1 ~

   Mosiężny wąż wpił kły w posrebrzaną obręcz, służącą za kołatkę monumentalnego Dworu Malfoyów. Odziany w czerń człowiek zanim odważył się tknąć strzeżonego przez gada obiektu, jeszcze przez chwilę mierzył się z jego martwym, kryształowym wzrokiem. Robił to za każdym razem.
Krążyła pogłoska, że nieproszony gość śmiący zakłócić spokój Legendarnej Rodziny Czystokrwistych, na własnej skórze przekona się o jadzie zawartym w metalicznych kłach niepozornego Strażnika.
Masywne drzwi zatrzęsły się pod wpływem uderzenia, roznosząc drżące echo po pustych korytarzach. Wśród Skrzatów Domowych zapanowało niemałe poruszenie.
- Goście! - jazgotały, wychudzonymi nóżkami tupiąc po czarnej posadzce. Na reakcje głowy rodziny nie trzeba było długo czekać. Lucjusz Malfoy uniósł wzrok znad księgi w bogato zdobionej oprawie.
- Cisza - ujawnił się jasnowłosy mężczyzna, wychylając z ciemnej wnęki. Z gracją uniósł różdżkę. W jednej chwili pomieszczenie rozświetliły pojedyncze płomyki na knotach świec. Uległe istoty zamilkły natychmiast, ich wielkie ślepia zeszkliły się pod wpływem strachu. Mężczyzna powolnym, flegmatycznym wręcz krokiem ruszył w stronę drzwi. Oddani podwładni Lucjusza skulili się pod ciężarem jego chłodnego spojrzenia. Blada dłoń spoczęła na klamce, uchylając ciężkie drzwi przed postacią w czarnej pelerynie.
- Nie spodziewałem się gości o tak późnej porze... Severusie - Lucjusz dopiero po chwili zwłoki wypowiedział imię przybysza. Nie był on pewien, czy jego domysły są słuszne. Głęboki kaptur rzucał cień na twarz. Światło księżyca nie dawało wiele, więc niepewność w jego głosie była całkowicie zrozumiała. Jednak kształt sylwetki nie pozostawiał wątpliwości- stał przed nim mężczyzna.
- Ja także miałem inne plany - odparł niski, chrapliwy głos. Malfoy poczuł ulgę. Oczywistym jest, że nie umknęło to uwadze Snape'a. Nie zamierzał rozpoczynać dyskusji. Jego wizyta miała inny cel.
Niedbałym ruchem ręki zsunął kaptur. Bez zaproszenia gospodarza przekroczył próg dworu.
- Czytałeś - leżący na blacie stołu pokaźny tom Starożytnych Rodów Czarodziejów Wyklętych wylądował w rękach posępnego profesora.
- Owszem - Lucjusz rozsiadł się na jednym z foteli. Z rozmachem i bez większego zastanowienia otworzył jedną z dwóch kryształowych butelek, chlustając wyborną Whiskey poza brzegi niskich szklanek z grubego szkła.
- Dzisiaj nie piję - Snape z przekąsem zajął miejsce na przeciw niego.
Między mężczyznami zapadła cisza, w ciągu której zegar stojący w rogu pokoju zdążył wybić pierwszą.
- Z tego co widziałem - Snape przeciągając sylaby wpatrywał się w martwy punkt na blacie stołu - w całym domu panował mrok. Byłem pewien, że was nie zastanę - Severus skupił się, aby móc spić każde cenne słowo odpowiedzi z ust Lucjusza.
- Ciemność uspakaja - Oddech Malfoya zadrżał niespokojnie. Miniaturowe konwulsje opanowały również jego prawe ramię, będące w trakcie unoszenia szklanki z trunkiem do niemal sinych, lekko rozchylonych ust. Zawartość naczynia prześlizgnęła się przez jego gardło, dając impuls skłaniający go do kontynuowania odpowiedzi - Ostatnimi czasy... źle sypiam.
Snape przez chwilę przenikliwie przyglądał się tak dobrze znanemu mu człowiekowi. Dał sobie moment na analizę wniosków.
- Wyglądasz marnie - podsumował, w ostatniej chwili powstrzymując się od ujawnienia ogarniającego go niepokoju - Jesteś cholernie blady. Sine oczy i dreszcze. Eliksir wzmacniający dobrze ci zrobi.
- Narcyza też nalegała... Chciała, abym cię o to poprosił - Lucjusz opadł głowę na splecionych dłoniach. Jego czoło pokryły ledwo widoczne kropelki potu - Odmówiłem. Myślałem, że to byle... osłabienie.
- Czarny Pan jest wściekły - Severus ściszył głos do szeptu. Przez plecy Malfoya przeszedł nieprzyjemny dreszcz. - Cudem uniknąłeś Azkabany, Lucjuszu. Przejrzyj na oczy. - nieprzejawiona w wyrazie twarzy złość Snape'a zatrzęsła nieświadomym dotąd czarodziejem.
Po kilku sekundach ciszy, pomieszczenie wypełnił odgłos tłumionego szlochu.
- Jak już mówiłem, przyszedłem tu w innej sprawie - na twarzy Severusa pojawił się nietypowy grymas. Zupełnie nie zwrócił uwagi na gęstość atmosfery. - Mam przekazać ci wiadomość. Abyś na kolejnym zebraniu nie nabawił się ataku serca. A mianowicie.. w szeregach Śmierciożerców ma pojawić się ktoś... nowy.

~~~

Blondyn odwrócił się na pięcie, biegając wzrokiem po pustym korytarzu. Dziewczyna o cichym, wysokim głosie, której tak desperacko szukał, stała wyprostowana niecałe pięć metrów od niego.
- Chyba musisz nauczyć się patrzeć nieco dalej niż na koniec własnego nosa - ton jakim przemówiła całkowicie kłócił się treścią. Przekaz kąsał lekko, jednak głos pozostał łagodny i uprzejmy.
Wzrok Ślizgona w końcu znalazł oparcie. Na początku był zdziwiony, nawet nie próbował się z tym kryć. Zwykle to on rzucał zaczepkami w uczniów innych domów. Usiłował wykrztusić z siebie jedną z tak charakterystycznych, błyskotliwych odpowiedzi. Ostało się jednak tylko na niemych ruchach niewyparzonych dotąd ust.
Robię z siebie kretyna, pomyślał, triumfując z powodu opanowania mimiki twarzy.
Zza rogu korytarza dały się usłyszeć podniesione głosy. McGonagall, Flitwick i profesor Sprout prowadzili burzliwą dyskusję na temat Hipokampusa rzekomo widzianego w jeziorze Hogwartu.

Draco rzucił Pannie Lovegood przelotne spojrzenie. Przymykając powieki westchnął głęboko. To nie mój interes. 
Głosy wydawały się coraz wyraźniejsze. Teraz albo nigdy. Zaczęła się krwawa bitwa z myślami. Niestety, przeważył egoizm. Malfoy szybkim krokiem wszedł w wąski korytarz prowadzący do klasy 4F.
Krukonka ze stoickim pokojem oparła się o zacienioną ścianę, śledząc wzrokiem przechodzących obok nauczycieli. Chwilę później zamieszanie ustało. Żaden z profesorów nie dostrzegł ukrytej w półmroku czarownicy. Dziwne, jak niewielu ludzi wykorzystuje swój wzrok we właściwy sposób.

Chłopak brnął przed siebie, starając się zapomnieć o zdarzeniu sprzed chwili. Przecież to jak postąpi wiadome było już od pierwszego momentu.
Poły szaty zareagowały na przyspieszenie tępa, dając porwać się podmuchowi zimnego powietrza.
Draco zwrócił uwagę na źródło chłodu. Jedno z okien było otwarte. Wiatr niósł ze sobą drobne opiłki lodu. Po krótkim, lecz niemało spektakularnym tańcu, opadały na kamienną posadzkę aby tam dokonać żywota.
Miejsce na jednym z parapetów zajmowały kolorowe trampki. Na ich widok blondyn zatrzymał się raptownie.
- Cholera. 

~ Prolog ~

   Bezlitosna zima zastukała w okna domów, czyniąc bezbronnymi nawet posiadaczy nadludzkich zdolności.
Różdżka ugięła się pod ciężarem śniegu, miotła przegrała wyścig z mroźnym wiatrem. Nawet peleryna niewidka nie zdolna była uchronić swojego właściciela przed paraliżującym chłodem.
Tylko największy optymista zdołałby zauważyć plusy owej pogody. Ten wyróżniający się pozytywną myślą człowiek był na 5 roku nauki w Hogwarcie.

~~~

   Twarz Krukonki stężała pod wpływem zimna. Usta zadrżały w marzycielskim uśmiechu.
Sowiarnia. Tak, to odpowiednie miejsce na spędzenie wolnego czasu. Wyjątkowo odpowiednie.
Młoda czarownica zacisnęła palce na zapisanym świstku papieru.
Po niedługiej chwili rozpoczęła się wspinaczka po oblodzonych schodach. Zadanie przysparzające drobne trudności. Taka błahostka ma przeszkodzić jej w osiągnięciu celu? Wątpliwe. Wyznaczony dystans pokonała radosnym krokiem. Jak na nią przystało.
Do nóżki jednej z sówek przywiązała wspomniany wcześniej liścik. Zanim ptak zatrzepotał skrzydłami zdążyła jeszcze poprawić miniaturową kokardkę i obdarzyć posłańca pełnym wdzięczności uśmiechem.
- Czas wracać - sapnęła cicho, uważnie śledząc wzrokiem tor lotu sowy o niesamowicie ciemnych piórach. W tamtej chwili w jej oczach można było dostrzec pojawiające się od czasu do czasu srebrne iskierki. Ośnieżone szczyty drzew w Zakazanym Lesie robiły niemałe wrażenie. Zwłaszcza na kimś, kto zwykł dostrzegać tak mało istotne szczegóły.

~~~ 

   - Pieprzona zima - warknął blondyn rozcierając skostniałe palce przy żarze w kominku. - Cholernie zła pogoda. Śnieg. Lód. Mróz - wyżalał się przez mocno zaciśnięte zęby, nie mając na myśli narzucania komukolwiek swojej opinii. Chciał w niebezpośredni sposób przekazać swojemu towarzyszowi, że w tym dniu nie zdoła wyciągnąć go z dormitorium.
Skończył pisać ostatni już w tym semestrze esej. Eliksiry, rzecz jasna.
Za jego plecami rozbrzmiał niski głos Blaise'a.
- Eliksir upiększający. Widziałeś? - zadrwił. Draco kiwną głową nie mając najmniejszej ochoty na rozmowę - zrobię go. Specjalnie dla ciebie. - wyszczerzył nienaturalnie białe zęby w szerokim uśmiechu, nie odrywając wzroku od tekstu na wymiętej kartce papieru.
- Wolałbym nie otruć się czymś co ma poprawić mój wygląd. Wlej go w Parkinson. - Draco spojrzał na Zabiniego z nieco krzywym uśmiechem. Podparł się na prawej ręce, powoli wstając.
- A ty gdzie? - po niedługiej chwili brunet obrzucił go zdziwionym spojrzeniem.
- Na spacer - odparł ironicznie pozostawiając Blaise'a samego z myślami.

   Świąteczne dekoracje zapełniały korytarze. W nocy to wszystko wyglądało jeszcze... ładniej. A przynajmniej tak wynikało z obserwacji Ślizgona. Pogrążonego w swoich myślach. Zmęczonego głupotą innych ludzi. Egoistycznego, aroganckiego, ale czystokrwistego czarodzieja. 
Nie do końca wiedział jaki cel miała jego wędrówka. Spacer, tak... chwilę wstecz użył tego słowa, nie zdając sobie sprawy, że może ono okazać się właściwym określeniem.Olśniło go. Kąpiel. Ciepła kąpiel. W Łazienka Prefektów. Czas wypróbować przywileje tego stanowiska. Najwyższy czas.
Buty zastukały o kamienną posadzkę. Draco przyspieszył kroku, jego wzrok utkwił w najdalszym punkcie. Luźno zawiązany szal w srebrno-szmaragdowych barwach lekko zsuną się z bladej szyi, blond włosy opadły na czoło, falując delikatnie zgodnie z rytmem stawianych kroków.
   W ciemnym zakamarku przepełnionego zapachem cynamonu i mandarynek korytarza, stała niezauważona przez nikogo, drobna istotka, wlepiając błękitne oczy w wysokiego blondyna. Na jej twarzy gościł błogi, lekki uśmiech. Miała na sobie szatę z herbem Ravenclaw'u. Jasne włosy panny Lovegood opadały na szczupłe ramiona. Chociaż gdyby przyjrzeć się im bliżej... ułożone były raczej w artystycznym nieładzie. Tak jakby obojętność w stosunku do nich była całkowicie zaplanowana. W jej wyglądzie nie zgadzała się tylko jedna rzecz. Jej stopy były bose.
Po głębokim wdechu w końcu zdecydowała się odezwać. Nie miała pojęcia jakiej reakcji ma oczekiwać. Nigdy wcześniej nie rozmawiała z nikim pochodzącym z Domu Węża. Może oni nie są tacy źli za jakich uważa ich reszta? Jednak... gdzieś w głębi miała złe przeczucia. Nie podchodzi się do warczącego psa z myślą: "może czegoś mu brakuje? To tylko pozory. Wydaje się być groźny tylko z bezradności. Braku wpływu. Warto również przypuszczać, że właśnie mnie uda się go odmienić."
A jednak, jej rozsądek nie zagłuszył wołania wrodzonej chęci szerzenia optymizmu i tolerancji.

- Przepraszam Draco... ale... nie widziałeś gdzieś przypadkiem... moich butów?